7 stycznia 2011

KINO POLSKIE 2010, wielogłos Restartu

Michał Oleszczyk, krytyk filmowy, autor bloga http://michaloleszczyk.blogspot.com/

W przeciwieństwie do niezłej sytuacji sprzed roku, w podsumowaniu ostatnich dwunastu miesięcy w polskim kinie wolę posługiwać się przymiotnikiem „najciekawszy”, a nie „najlepszy”. Z kinem polskim jest trochę tak jak z tą znienawidzoną dychotomią kobiet „pięknych” i „interesujących” – taryfy ulgowe, podwójne miary i ostrożność  środowiskowa (wraz z jej syjamską siostrą: złośliwością) skaziły pisanie o rodzimym kinie i w nie wiadomo już, jakim sposobem dało by się odzyskać język, którym można by mówić o nim klarownie i prawdziwie.

W tym kontekście najuczciwszym wydaje mi się następujące podsumowanie:
1. „Jestem twój” Mariusza Grzegorzka jest polskim filmem roku. Nie ma szans zainteresować nikogo poza nami, bo jeśli przyłożyć doń międzynarodowe standardy, jest to kino zbyt niespójne i histeryczne. Ale na naszym podwórku Grzegorzek faktycznie psuje kilka ulubionych zabawek, testując zarówno realistyczną konwencję aktorską, jak i granice przedstawiania klas społecznych. Jest to film nieudany i ważny zarazem. (PS. Warto też unikać wywiadów z Grzegorzkiem, który obwieszcza swą ewangelię niezależności ze sfingowaną niewinnością antykorporacyjnego Kandyda).
2. „Wszystko, co kocham” Jacka Borcucha, o którym więcej pisałem tutaj (http://www.przekroj.pl/kultura_film_artykul,6153.html), jest filmem spóźnionym o piętnaście lat. Amerykanie komentują swą współczesność w czasie rzeczywistym, wymyślając język opisu samych siebie na bieżąco (co przesądza o żywotności ich kultury). U nas musieliśmy czekać dwie dekady, aż w wolnej Polsce powstanie popowa wersja mitu o punkowym buncie przeciw komunistycznej władzy. Bardzo się cieszę, że ten film powstał – w warsztacie Borcucha upatruję sporo nadziei n przyszłość – ale dreszcze dzikiego skakania po masce samochodu (czytaj: Systemu) to ideologiczna musztarda po obiedzie.
3. „Matka Teresa od kotów”, ambitne i bezcelowe puzzle Pawła Sali, jest jak katalog tematów, którymi kino polskie winno się zająć: spróchniała religijność, niszcząca moc rodziny, diabelstwo współczesności i narracyjne mówienie wspak w obawie przed banałem. Sali zabrakło jednak wyobraźni, by swój kunsztowny klaser przekształcić w organiczną wizję, która pochłonęłaby nas bez reszty i dała prawdziwe mózgowe kalorie. Siedzimy w kinie odhaczając tematy i układając klocki, a w końcu odsyła się nas do domu z pustymi rękami, z posmakiem intelektualnych sterydów w ustach.


Jakub Majmurek, krytyk filmowy, filozof

Kino polskie po dwóch świetnych, poprzednich latach wpadło w lekką zadyszkę. Znów dominowały mierne (w najlepszym wypadku warsztatowo poprawne) produkcyjniaki, głównie z naszych dwóch narodowych specjalności: kina historycznego i komedii romantycznej. Jedynym naprawdę mocnym filmem była „Matka Teresa od kotów” Pawła Sali, film – co symptomatyczne – przegrał w Gdyni z „Różyczką” – filmem uosabiającym (podobnie jak „Mała Moskwa”, z którą przegrały dwa lata temu „33 sceny z życia” Szumowskiej) wszystko to, co jest nie tak z naszym kinem. Mocnym filmem mogłoby też być „Made in Poland” (ciągle krąży w obiegu festiwalowym), gdyby miało premierę jakieś 10, 11 lat temu. Film Wojcieszka i zawarta w nim krytyka polskiej rzeczywistości jest dziś zupełnie spóźniona, wygląda potwornie anachronicznie na tle tego, co w ciągu ostatnich 10 lat powiedziano w teatrze, sztukach wizualnych, literaturze, czy teorii. Ten rok nasuwa jeden wniosek: wielkim strukturalnym problemem polskiego kina jest jego niewczesność, opóźnienie wobec tego, co dzieje się w innych obszarach pola produkcji kulturowej, przetrzymywanie filmów, które nie nadążają za rzeczywistością. Tę diagnozę potwierdza to, że najciekawszy w tym roku debiutant (Sala) skończył filmówkę w połowie lat ’80. Rozbieg, jakie dwa lata temu wzięło polskie kino wyraźnie zwolnił, skoku jakościowego ciągle nie widać.


Joanna Ostrowska, historyczka, krytyczka, kultroznawczyni

„Chcemy filmów o nas!!!”

Świąteczna „Gazeta Wyborcza” wydrukowała filmowe podsumowanie dekady, zarówno w kinematografii polskiej, jak i zagranicznej. Tadeusz Sobolewski pisząc o kinie rodzimym, zaryzykował odważny tytuł: „Kino polskie znowu się zaczyna”. Na dokładkę autor przemówił głosem hipotetycznego współczesnego widza, który podobno: „nie chcę filmów o Polsce, chcę filmów o sobie”. Niestety rok 2010 pokazuje, że zarówno produkcje „o kraju”, jak i „produkcje o nas” wołają raczej o pomstę do „polskiego nieba”, niż że zaczynają cokolwiek nowego...
Po dość owocnym roku 2009, kiedy mówiąc o polskim kinie można było używać etykietek „godny polecenia”, „wybitny”, „zachwycający” w roku 2010 dominuje potworna nijakość, szarość i zwykła nuda. W takiej sytuacji każde „zjawisko filmowe” (bo chyba tak najlepiej nazywać fabuły ostatnich 12 miesięcy), które wybija się poza ramy nurtu filmów „o kurzu na biurku statystycznego Polaka” moim zdaniem warto pochwalić. Z drugiej strony wspominając „Dom zły”, „Zero”, czy „Rewers”, nasuwa się pytanie: co się stało do jasnej cholery? …
W takim razie parafrazując słowa Sobolewskiego Kino polskie ZACZĘŁO się ROK/DWA TEMU  a teraz się troszkę zmęczyło i zasnęło. Każdemu należy się przerwa.

1. „Matka Teresa od kotów” Pawła Sali, który stał się najbardziej niedocenionym filmem na tegorocznym Festiwalu w Gdyni. Podzielił los „Wszystko co kocham” Borcucha z roku poprzedniego. Widocznie musi być taki jeden „niepokorny”, którego trzeba sprawdzić, naznaczyć... Film Sali stanowi pewnego rodzaju ożywienie na polskim gruncie. Przekonuje że można stworzyć film w pewien sposób spójny, także na poziomie formy, który jest w stanie trzymać widza w napięciu. Dodatkowo „w warunkach tegorocznych” zachwyca brak stereotypu, klisz i zbędnego patosu – świetnie zagrane, dobrze napisane, porządnie wyreżyserowane plus odwrócona narracja, co wywołało wręcz burzę w szklance wody...
2. „Prosta historia o miłości” Arkadiusza Jakubika – film zrobiony na przekór wszystkim i wszystkiemu, który jako jedyny praktycznie próbuje ruszyć zastały kościec fabularny. Na dokładkę kilka wątków z zupełnie różnych pól tematycznych – rzadkie, rzadkie w Polsce. Poważnie rzecz ujmując chapeaux bas Jakubikowi za odświeżenie, którego bardzo w tym roku potrzebowaliśmy i nadzieję na to, że w Polsce są ludzie, którzy umieją zrobić kino „środka” - odważne (jak na nasze warunki) formalnie, narracyjnie, nawet aktorsko.
3. „Jestem twój” Mariusza Grzegorzka – wielki wyklęty roku 2009, który obronił się sam dzięki świetnej dystrybucji i PR-owi. Film Grzegorzka opisywany jako histeryczny, ekstatyczny i totalnie nieskoordynowany, mimo wielu wad i uproszczeń jest jednym z niewielu na polskim rynku, w którym reżyser inaczej operuje emocjami bohaterów. Grzegorzek zaufał zagranicznemu tekstowi, przysposobił go do warunków polskich i zrobił film, który może nie powala na kolana ale zastanawia, uwodzi, odrzuca i zostaje na dość długo.

... przestoje
1. castingi na role dzieci w tym kraju prowadzą prawdopodobnie ludzie kompletnie niekompetentni, na ciągłym rauszu albo po prostu osoby, które odznaczają się piekielnym poczuciem humoru spod znaku najczarniejszych z czarnych komedii. Postać żydowskiej dziewczynki z Joanny Falka jest tak całkowitym nieporozumieniem w historii kinematografii, że przez pierwsze 20 minut widz nie może uwierzyć w to, co widzi na ekranie. Drewniana laleczka, przypominające momentami gorszą wersję laleczki Chuckie z drewnianym głosem, która równie dobrze mogłaby parodiować E.T.... Nie da się obejrzeć tego filmu bez ironicznego grymasu nienawiści na ustach. Choćby z tego powodu nagroda za reżyserię w Gdyni powinna zostać poddana pod wątpliwość... no chyba, że w Polsce mamy tylko takich młodych aktorów!!!! Podobnie sytuacja wygląda w „Wenecji” Kolskiego, choć mimo wszystko widz nie zamyka oczu, kiedy na ekranie pojawia się postać chłopca. Wprawdzie scena występu skrzypcowego dla SS i ta szarobura facjata dziecka, które wygląda jakby wiecznie umierało na suchoty (czyżby odwołanie do symbolu Chopina) staje się naprawdę męczące...
2. „Śluby panieńskie” Bajona jako farsa roku przede wszystkim z powodu „głębokiego zaskoczenia” producentów, dystrybutora i części widowni a propos frekwencji kinowej... Myślę, że nie trzeba skończyć kursu ekonomii, żeby wiedzieć, że jeśli w tym kraju wypuszcza się film na podstawie szkolnej lektury to zarobek jest praktycznie murowany, a frekwencja sięgnie na pewno sześciu miejsc po przecinku, choć w przypadku tego dzieła poziom degrengolady był tak potężny, że udało się oszukać jedynie milion obywateli, co w porównaniu do „Zemsty”, czy choćby „Pana Tadeusza” jest kroplą... Być może młodzi ludzie nie są aż tak naiwni żeby łapać się na gagi z komórką w czasach Fredry, planem filmowym wewnątrz narracji, czy soczyste nazwiska w obsadzie. Ale „bańka” była, więc sukces „niespodziewany” jest!
3. „Różyczka” Kidawy-Błońskiego jako doceniony wzór współczesnego polskiego filmu historycznego stanowi jedynie potwierdzenie starego, konserwatywnego wzorca opowiadania o naszej pamięci historycznej, czy też może powinnam napisać polityce historycznej, bo raczej bliżej nam w kinematografii do takich terminów. „Świat jest czarno-biały! Bohaterowie są dobrzy i bardzo źli; dzielą się na siwiejących bohaterów, którzy umieją jeść nożem i widelcem, czytają klasykę światowej literatury, uprawiają seks „po bożemu, w łóżeczku pod kołderką” i takich którzy wręcz „straszą” dzieci z ekranu... UB-eków. Podobnie jest z Powstaniem Warszawskim, wątkami holocaustowymi, kolaboracją, czy Bitwą Warszawską i „bolszewią”. Na dzień dzisiejszy chyba nie da się „pokazywać” na innych tonach niż patriotyczne, dwukolorowo, zawsze -  moralność, religia i pochodzenie... w końcu w Polsce zgodnie z wytycznymi fabularnymi z Żydami spotykała się jedynie inteligencja-czytaj dawna szlachta. Na wsi było „spokojnie i wesoło”.

Oczekiwania:
1.  Nowy film Łukasza Barczyka... Krzysztof Warlikowski, Renate Jett. Będzie to już czwarty film Barczyka – teraz dopiero „zobaczymy, z czym to się je”.
2. „Sala samobójców” Komasy – mam nadzieję, że nie będzie o dobrych dzieciach z warszawskiego liceum i jednym złym chłopcu, którego opętał Szatana – Pcet
3. „Daas” Adriana Panka – nie ma płodniejszego i bardziej magicznego tematu w polskiej historii – trzymam kciuki
4. „Czarny czwartek” – zawsze mam nadzieję, że zobaczę dobre polskie kino historyczne, choć od „Strajku” Schloendorfa wszystko będzie na pewno lepsze
5. Bitwa Warszawska... Natasza Urbańska uśmiechnięta od ucha do ucha nad oderwaną nogą w 3D... love it
6. Drugi film Kasi Rosłaniec na podstawie gazetowej historii o nastolatkach – szczyt takiej naiwności, że winno się nazwać to zjawiskiem, choć casting do filmu wspiera MTV... na pewno będzie „cool”!


Michał Zygmunt, pisarz, autor książek „New Romantic” i „Lata walk ulicznych”

Rok 2010 w polskim kinie można opisać jako poprawny. Rewolucji nie było, bo też nic jej nie zapowiadało. Niestety nie było też kontynuacji panującego od co najmniej dwóch sezonów corocznego trendu umiarkowanej zwyżki poziomu. Najlepszy film zrobił niewątpliwie Paweł Sala. „Matka Teresa od kotów” to wciągający i wnikliwy zamach na mit Matki Polki i szczęśliwej mieszczańskiej rodziny, który nie ucieka też od krytyki innego ciężkiego grzechu wciąż rodzącej się nowej polskości – postmocarstwowych okularów wykrzywiających nam polityczną rzeczywistość. Młodzi bohaterowie filmu tkwią w rzeczywistości nierealnego, perwersyjnego marzenia. Trudno nie zauważyć w nim odniesienia do panującej w Polsce skierowanej do młodych neoliberalnej propagandy sukcesu. Przez sentyment do wersji teatralnej doceniam film Przemysława Wojcieszka „Made in Poland”. Być może jest to dzieło spóźnione, ale niewątpliwie autentyczne, prowokujące i znakomicie zagrane. Film o wkurwieniu na polską rzeczywistość póki co nie ma, niestety, szansy na przedwczesną starość. Niezły – acz politycznie niepoprawny, by nie powiedzieć mizoginiczny – był „Chrzest” Marcina Wrony. Poza tym kilka przejawów solidnego kina popularnego, do obejrzenia bez bólu: „Różyczka”, „Skrzydlate świnie”, „Wszystko co kocham” i „Mistyfikacja”. Najbardziej przereklamowanym filmem roku było niewątpliwie „Erratum”, ziejące nudą i rażące pretensjonalnymi dialogami, a najbardziej spektakularną klapą grafomański „Jestem twój”, puree z histerycznej gry aktorskiej, tragicznie słabych dialogów i kuriozalnych scen, ratowane jedynie przez świetną rolę Doroty Kolak.


Błażej Hrapkowicz, krytyk filmowy

Papierkiem lakmusowym polskiego kina jest oczywiście festiwal w Gdyni, owiany czarną legendą jak żadna inna impreza filmowa w kraju. Głosy o potrzebnej reformie festiwalu pojawiają się równie często, co utyskiwania na poziom wyświetlanych filmów – puli reprezentatywnej dla polskiej produkcji kinematograficznej. Reakcje po kolejnych edycjach tworzą wieczną sinusoidę – krytycy wypatrują jaskółek, które uczynią wiosnę, po czym okazuje się, ze przysłowie prawdę ci powie i wiosny na razie nie będzie. Entuzjastyczne zwiastowanie odrodzenia polskiego kina odbywa się rytualnie, zawsze w tych samych okolicznościach – po pojedynczych objawieniach autorskich, filmach, których twórcy wyznaczają kierunek, w jakim rodzime kino powinno się udać, jeśli marzy o międzynarodowym sukcesie. Takimi filmami były ostatnio dzieła Żuławskiego, Szumowskiej, Lankosza, Smarzowskiego. W tym roku – czy to na festiwalu, czy w regularnej dystrybucji – również mogliśmy obejrzeć kilka obrazów, które nie potrzebują taryfy ulgowej i równania w dół („jak na garbatego, to całkiem prosty”). Wyróżniają się one zdecydowanie na tle zachowawczych, bezstylowych, ledwie poprawnych produkcyjniaków, które gdyńscy jurorzy tak ochoczo nagradzają (laury dla „Różyczki” Kidawy-Błońskiego i „Joanny” Falka). Nie musimy się ich także wstydzić przed światem.

1. „Jestem twój” Mariusza Grzegorzka. Z Michałem Oleszczykiem zgadzam się tylko połowicznie. Film Grzegorzka jest rzeczywiście odtrutką na szkolny realizm polskiego kina, nie wiedzieć czemu rozumiany u nas jako naiwna symulacja obiektywizmu, z obowiązkowym trzyczęściowym aneksem w składzie: stereotypy płciowe, zwietrzała typologia postaci, maskowane udawaną odwagą kunktatorstwo formalne. „Jestem twój” to przykład owocnego mariażu kina z teatrem, sukces interdyscyplinarnego podejścia do sztuki filmowej. Teatralny brutalizm, po który sięgnął Grzegorzek, jest antyrealistyczny i antysentymentalny. Reżyser zaufał histerycznym spazmom bohaterów, ich skrajnym emocjom, wybuchom przemocy, które są farsowe w jednej minucie, a w następnej ociekają terrorem. Niewzruszona, w większości statyczna kamera zdradza pełną autorską kontrolę, która wyciąga z materiału literackiego swego rodzaju nowy realizm: sztuczność przedstawiania doprowadza do wyklucia się prawd ignorowanych przez polskie kino. W emocjonalności bohaterów odbijają się wyparte ze świadomości nierówności społeczne, prawdziwa przyczyna tragedii. Ich metafora – powracające cyklicznie w filmie pszczoły – świadczy o tym, że Grzegorzek doskonale wiedział, co robi.
2. „Matka Teresa od kotów” Pawła Sali. W rzeczywistości polskiej kinematografii, gdzie nagrody za scenariusz i reżyserię dostaje autor filmu, w którym ostatnia scena radośnie rozwiewa wszelkie wątpliwości interpretacyjne, dzieło Sali to prawdziwy skarb. Odwrócona chronologia wydarzeń nie tylko zamienia przyczyny ze skutkami – rzuca również poznawcze wyzwanie odbiorcy. Sala podrzuca skrawki, konsekwentnie dezawuując tropy, które mogłyby złożyć je w całość; akcja dzieje się u niego niejako „przy okazji”, jest dodatkiem do postaci budowanych w oparciu o wzajemne relacje: niepokojąco erotyczne, na granicy patologii, z domieszką werbalnej i pozawerbalnej przemocy. Złamane kadrowanie i zaskakujące przeskoki montażowe wprowadzają dysharmonię w kompozycji, korespondującą z niemożnością wyjaśnienia zła, którego dopuszczają się matkobójcy. Mało jest w polskim kinie filmów, które uciekając od moralizowania, zachęcają do poważnej refleksji moralnej, etycznej i politycznej, ale jednocześnie podpowiadają, że ma ona sens tylko w parze ze sceptycyzmem.
3. „Wszystko, co kocham” Jacka Borcucha. Z potrzeby ciągłego testowania swoich „narzędzi intelektualnych” raz jeszcze odwołam się do „Joanny”. Feliks Falk traktuje historię jako oczywisty zbiór wydarzeń o ustalonym znaczeniu. Szansa na to, że kobieca perspektywa głównej bohaterki przedefiniuje dominujące narracje historyczne, niknie w jego filmie bardzo szybko – utopiona w sadzawce konwencjonalnej ikonografii, wizualnych klisz, perswazyjnej reżyserii, wreszcie hagiografii nieskazitelnej Joanny, wyniesionej na ołtarze w finale. W filmie Borcucha jest dokładnie odwrotnie – okres stanu wojennego i przewijającej się na marginesie punkowej kontrkultury został przefiltrowany przez osobiste doświadczenia bohaterów. Pożyczona z amerykańskiego kina narracja inicjacyjna uwalnia wizerunek komunizmu od hegemonicznych opozycji, pokazując PRL po prostu jako okres dojrzewania. Stan wojenny jest dla Borcucha ważny dlatego, że odziera z młodzieńczych złudzeń, wprowadza w dorosłość, a nie z powodu makrohistorycznych reperkusji. Polskie kino wadziło się z historią od czasów polskiej szkoły filmowej; sprawa polska niszczyła indywidualne dążenia, prywatne przegrywało z publicznym. Borcuch w autorskim stylu – także wizualnym, charakteryzującym się lekko przyprószonym obrazem i delikatnie podrygującą, rozluźniającą obraz kamerą – opowiedział prywatną mitologię. Z nostalgią, bez sentymentalizmu.
4. „Jutro mnie tu nie będzie” Julii Kolberger. Historia toksycznej relacji matki i córki, obarczonych bagażem przeszłości, od której trzeba próbować uciec, żeby w ogóle zacząć żyć. Pół godziny prowadzonej pewną ręką opowieści, zrealizowanej ze świadomością języka filmowego, osadzonej w precyzyjnie skonstruowanej przestrzeni. Są tu naprawdę znakomite sceny, ze szczególnym uwzględnieniem tych otwierających i zamykających film. Odbijający się echem w pustym domu dźwięk telefonu na początku – audiowizualny pejzaż miejsca, w którym miłość zamieniła się w resentyment i nienawiść. Powolny odjazd kamery w finałowej scenie śniadania matki i córki – bezsłowne pożegnanie, ostatni stopień oddalenia. Julia Kolberger i nagrodzony na festiwalu Plus Camerimage operator Jakub Giza pokazali, że etiudy studenckie wcale nie muszą powielać anachronizmów i schematów, niedoskonale kopiować mistrzów. Świetnie nakręcony, skomplikowany psychologicznie dramat.


Kaja Klimek, kulturoznawczyni, tłumaczka

Nie ufam filmom, które informują na plakacie, że dla zbuntowanych punków AD 1981 miłość miała smak oranżady („Wszystko co kocham” Jacka Borucha). Nie ufam też filmom, w których kiedy dziś jest ostatnia niedziela, a jutro (a może nawet dzisiaj, ale bez spoilerów) się rozstaniemy, niezawodnie ten właśnie zgrany do granic możliwości szlagier pójdzie z offu („Chrzest” Marcina Wrony). I nie ufam filmom, które wygrywają konkursy dla młodych twórców mimo, że reżyser (rocznik 1958) może – z całym szacunkiem – przeżywać co najwyżej drugą młodość („Matka Teresa od kotów” Pawła Sali). W tych okolicznościach niezwykle łatwo podsumować rok 2010 i wystawić mu ocenę. Za to niezwykle trudno dać mu do indeksu wpis na nowy, lepszy rok. Bo kinu temu nie ufam, zaprawdę chciałabym, ale się boję. A wpis może być co najwyżej warunkowy.

I tak, kiedy profesorowie polskiego kina rezydujący zagranicą nadal w doskonałej formie, ze stylem i elegancją prezentują wyniki swoich badań (i Skolimowski, i Polański), doktoranci i studenci w ojczyźnie notorycznie nie zdają egzaminu, serwując kino przesadnie histeryczne albo idąc za wskazówkami z reklamówki PISF-u dają widzom „jeszcze-więcej-polskich-filmów-w-tym-drogich-produkcji-historycznych”. Pokazują, że co prawda odrobili już lekcję z kina zachodniego, mają też 5 z historii Polski po 1949 roku, ale jeszcze nie zaliczyli kursu z kreatywnego myślenia. I nadal rozpaczliwie szukają tematów swoich prac, a czasem bezczelnie próbują podłożyć jeszcze raz te już dawno zaliczone.

PS. Andrzej Żuławski podobno nakręci nowy film. I to jest wiadomość na 5 z plusem.


Stanisław Liguziński, krytyk filmowy

Rok 2010 zacząłem z dużym zapasem entuzjazmu i kolejno dawałem się policzkować „Ciachom” i innym chichom-chachom. Trochę mnie to martwi, że znów przez okrąglutki rok, nasza kinematografia miesiąc w miesiąc wypuszczała jakieś dyrdymały, których tytułów nie pamiętają chyba nawet ich reżyserzy. Jakieś bzdety do kotleta, jakieś śniadania z rana, samochody papieża (kogo to jeszcze interesuje, po tym jak Pilch wyeksploatował chyba wszystkie warianty komizmu artefaktu po Wojtyle w „Nartach ojca świętego”?). Kiedy „Lejdis” dumnie kroczyło przez polskie sale kinowe, zacierałem ręce myśląc, że oto stworzony został w polskiej kinematografii priorytet, dzięki któremu finansowane będą jakieś inne, odważniejsze rzeczy, a tymczasem my przygryziemy lekko wargi i przymkniemy oczy. Niestety rację ma Michał Oleszczyk, że takie myślenie o polskim kinie, jakiś niezdrowy entuzjazm neofitów, czy też gorzej – świeżo upieczonych rodziców, jest nie do przyjęcia. Niestety ugłaskiwanie miernoty, z myślą o lepszym jutrze nie zdaje egzaminu i rodzą się nam jak grzyby po deszczu te homunkulusy jakieś, produkty rozrywko- i filmo- podobne. 2010 rok upłynął nam pod znakiem prawdziwego potopu tego typu karykaturek kina. Niestety w wyniku szoku pourazowego opuściłem kilka końcowo rocznych premier, o których rozprawiają z ożywieniem moi koledzy. Nie czuję się specjalnie kompetentny to wchodzenia w jakikolwiek dialog na tej niwie, więc pozwolę sobie zauważyć pewien pozytyw na tegorocznym kalendarzu premier.
Otóż nieśmiało na ekrany kin przedostają się pełnometrażowe polskie dokumenty. Kilka lat temu (zdaje się, że trzy) organizatorzy Krakowskiego Festiwalu Filmowego postanowili dowartościować sekcję pełnometrażowego dokumentu, co w tym roku, ostatecznie doprowadziło do tak kuriozalnego zamieszania w nazewnictwie, że nawet zapytywani przeze mnie członkowie Jury nie bardzo rozumieli zasady kwalifikacji do odpowiednich sekcji. Nie o bałagan jednak chodzi, a o pewien znaczący impuls dla filmowców, których zachęcono do produkcji dzieł dłuższych niż standardowe, telewizyjne pięćdziesiąt-kilka minut. Na zachodzie, ze szczególnym wskazaniem Stanów Zjednoczonych produkcje dokumentalne na równych prawach z fabułami ubiegają się o względy publiczności, tymczasem nasze (nierzadko znakomite) filmy pałętają się między pierwszą a drugą w nocy w TVP Kultura. Rzecz jasna jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale w tym roku mieliśmy, o ile się nie mylę, trzy pełnometrażowe dokumenty na ekranach naszych kin. Dodając to do zeszłorocznej premiery „Polin” Jolanty Dylewskiej i „Królika po Berlińsku” (który był dokumentem krótszym, jednak sparowano go z Esterhazym), diagnozować możemy pewien pozytywny prąd.
O ile jednak „Beats of Freedom” jest dokumentem, który jedynie z dużą dozą wyrozumiałości można nazwać udanym, o tyle „Dzieci Wermachtu” i szczególnie „Na północ od Kalabrii” Marcina Sautera to pozycje warte nagłośnienia. Tak, więc po kolei:
- „Beats of Freedom” jest dokumentem, który w pewien sposób powiela grzechy „Wszystko co kocham” Jacka Borcucha. Reżyser ciągle próbuje tłumaczyć historię muzyką i muzykę historią jednak złe wyważenie proporcji doprowadza do paradoksalnego dowartościowania muzyki i zbagatelizowania historii. Sprawdza się to zapewne dla przeciętnego nastolatka z Wielkiej Brytanii, który być może sięgnie po nagranie TSA lub Brygady Kryzys, jednak w Polsce razi uproszczeniami. Jak zauważyła Kaja, oglądając ten film w pakiecie z WCK, można odnieść wrażenie, że w latach osiemdziesiątych ludzie popijali sobie spokojnie oranżadkę, a cele mieli takie same jak ich rówieśnicy we Francji i Wielkiej Brytanii.
- „Dzieci Wermachtu” nie porażają maestrią i zdradzają swą telewizyjną proweniencję, stąd decyzja o wprowadzeniu filmu do kin mimo wszystko dziwi. Ale i cieszy. Pomijając bowiem niedostatki techniczne, które nie predestynują filmu na duży ekran, „Dzieci…” są rzadkim w polskiej kinematografii przypadkiem przełamywania oficjalnej polityki historycznej. Rozmycie granic pomiędzy patriotami i kolaborantami następuje w filmie nie dzięki jakimś skomplikowanym operacjom etycznym, ale zwykłym przeniesieniu fokusu z Warszawy na Śląsk gdzie kwestia przynależności etnicznej i co ważniejsze tożsamości narodowej jest bardziej złożona. Mała rzecz, a cieszy.
- Wreszcie „Na północ od Kalabrii” Marcina Sautera, które jest swoistym eksperymentem społecznym wywołanym za pomocą kina. Sauter znany jest z balansowania na granicy dokumentu i fikcji, traktując jako kryterium nie brak inscenizacji, ale prawdziwość reakcji bohaterów. Powstaje dzięki temu film, który ma zarówno potencjał komercyjny, jak i krytyczny. Jeśli polskie dokumenty mają przebijać się do kinowego mainstreamu potrzebujemy więcej takich produkcji – cudownie balansujących na granicy zgrywy, socjologicznej obserwacji i prowokacji. Michael Moore kopnął amerykańskie kino dokumentalne nadając mu niesamowitego przyspieszania, z lądowaniem na niezłych miejscach w box office’ach. Filmy takie jak „Na północ od Kalabrii” to być może pierwsze jaskółki zmian na tym polu w Polsce.


Piotr Kletowski, historyk kina, adiunkt UJ

Nie dane mi było, niestety, być na FPFF w Gdyni (absurdalny pomysł przeniesienia festiwalu na maj spowodował, że między festiwalową promocją filmu a jego kinową premierą minęło kilka miesięcy i nikt już nie pamiętał kto co wygrał w czasie imprezy, co ma przełożenie na lichą frekwencje w kinach, zaś krytycy zachodni – co niby mieli tłumnie opanować majową, filmową Gdynię – polski festiwal, delikatnie mówiąc, mieli w dupie) więc nie widziałem większości świeżej, polskiej produkcji, a z tego co widziałem, mogę wyróżnić trzy filmy.
1. „Chrzest” Marcina Wrony – wbrew psioczeniem niektórych krytyków, film porządny. Pewnie, że to nie arcydzieło, ale daje radę. Dobrze wyreżyserowane, zagrane (może prócz panienki, ładnej, ale raczej mało wyrazistej), sfotografowane, zaś wieloznaczny koniec dystansuje film Wrony o całe długości w stosunku do konkurencji, czyniąc z „Chrztu” przewrotny moralitet o ogromie zła, które rodzi dobro (ale czy na pewno?). Oczywista, że gdyby całość była bardziej przepracowana, a w filmie znalazło się kilka, moim zdaniem kluczowych scen (jak choćby wizyta gangstera u swojego brata w więzieniu) film mógłby być czymś bardziej wieloznacznym (na kształt kino Scorsese robionego do spółki z Paulem Schraderem), ale szacunek dla reżysera, że na fali andrenalinowego utarcia nosa środowisku (które ostentacyjnie olało jego debiutancką „Moją krew”), chciał szybko udowodnić swoją wartość, co mu się poniekąd udało. „Chrzest” jest lepszy od „Mojej krwi”, zwłaszcza jej wersji kinowej (bo widziałem pierwotną ponad dwugodzinną, z hipnotycznym wstępem w stylu Lyncha i Tarantino, z której został tylko nędzny strzęp) a i zasłużone  Srebrne Lwy w Gdyni są tego dowodem.
2. „Różyczka” Janusza Kidawy – Błońskiego. Przeciwstawiany filmowi Wrony, jako reprezentant tzw. „kina repów”. Moim znaniem niesłusznie. Film jest bardzo ciekawy konsekwentnie opowiedziany (może poza finałem, który się nieco sypie), świetnie zagrany i mówi o wydarzeniach marcowych 1968 r. bez dziwnych i niepotrzebnych przemilczeń. Osobną wartością jest realistycznie pokazany wątek miłosny – po raz pierwszy od dłuższego czasu widząc na ekranie miłosną relację między bohaterami (Boczarska – Więckiewicz – w obie strony – ale i Seweryn – Boczarska – w jedną stronę) kupuję to (a też dzięki rozsądnej śmiałości reżysera i Boczarskiej – to ewenement na skalę kraju, np. w innym, opowiadającym o dziwkach i UB-ekach filmie „Zwerbowana miłość”, zresztą też z Więckiewiczem w roli głównej, nawet kawałka gołego cycka nie uświadczysz!).
3. „Czekając na sobotę” Jerzego Morawskiego – wybitny dokument wyprodukowany przez polski oddział amerykańskiego HBO (wybijającego się na czoło jako producent drapieżnego, polskiego dokumentu – ot paradoks). Werystyczny, a przy tym nie pozbawiony czarnego humoru opis życia młodych ludzi z oddalonych od wielkomiejskich aglomeracji wiosek, których egzystencja upływa w cieniu dyskotek: miejsc zapomnienia opływających w potokach alkoholu, seksualnego wyuzdania i tonach połykanego extazy. Ale nie jest to filmowe larum, ani klasyczne dla polskiego kina ostatnich lat poniżające (dla filmowanych i widzów – dla autorów to tylko powód do wstydu) dokumentalne „z kamerą wśród zwierząt”. Wprost przeciwnie – obcujemy z prawdziwymi, na swój sposób wartościowymi ludźmi, którzy nawet w najgorszym gównie potrafią znaleźć jakieś pozytywy (striptizerka obmacywana co wieczór przez publiczność zarabia by – jako samotna matka – opiekować się córeczką; rodzina miejscowych rolników dorabia sprzątając budynek dyskoteki po sobotnich orgiach, co pozwala jej związać koniec z końcem itd). Słowem wielkie kino pisane przez życie i chwytane obiektywem czułej kamery. Tak kręcą najwięksi.
I tyle, czekam na to, co ma nadejść. Już podśpiewuje sobie pod nosem: hej szable w dłoń, bolszewika goń, goń, goń (i do tego w 3d).


Ana Brzezińska, reżyser, tłumaczka, HOBO Art Foundation

Jeśli sumę wydarzeń filmowych w Polsce w ubiegłym roku miałabym poddać najprostszej metodzie oceny: największa satysfakcja/ rozczarowanie, to w pierwszym odruchu wskazałabym American Film Festival we Wrocławiu i „Matkę Teresę od kotów” Pawła Sali. Festiwal przygotowany przez Ulkę Śniegowską (ENH) przy wsparciu zespołu programowego Gutek Film okazał się dla wielu odbiorców przeglądu odkryciem sezonu. Bogactwo propozycji, świetna organizacja wydarzenia i przede wszystkim innowacyjny pomysł kuratorski oparty na idei zaprezentowania różnorodności artystycznej i produkcyjnej amerykańskiego kina ostatnich dekad okazał się strzałem w dziesiątkę. Przegląd pozwolił odbiorcom zarówno poznać zjawiska na co dzień niedostępne w krajowej dystrybucji, nadrobić zaległości w niedawnych odkryciach amerykańskiej kinematografii, nasycić się ulubionymi klasykami (genialna w swej prostocie retrospektywa Cassavetesa) a w biegu skonfrontować i przepracować wrażenia w klubie festiwalowym, gdzie odbywały się dyskusje, spotkania, panele i wszelkiego rodzaju wydarzenia towarzyszące. Większość propozycji programowych okazała się wyborem filmów na najwyższym poziomie artystycznym i jedyne, czego moglibyśmy domagać się oprócz kolejnej edycji, to wydawnictwa post-festiwalowego. Słusznie stwierdzili członkowie Restartu, że tego rodzaju imprezy powinny być częściej odwiedzane przez polskich artystów filmu i teatru: inspiracji i materiału krytycznego do budowania własnej adekwatnej i suwerennej wypowiedzi można było na AFF zebrać aż zbyt wiele.
Pomijając kontekst AFF i wielogodzinne dyskusje z kolegami o ocenę filmu, to największym rozczarowaniem roku jest dla mnie okrzyknięta hitem sezonu „Matka Teresa od kotów”. Wbrew głosom obrońców dotyczących celowej niespójności formalnej filmu („zło jest niewytłumaczalne”) w tym przede wszystkim intencjonalnej niejasności scenariusza („logika zdarzeń nie jest najważniejsza”) podejrzewam, że są to po prostu rezultaty nieumiejętnego podejścia do tematu a przede wszystkim do materii filmowej. Problem z odbiorem pogłębiają przekombinowane zdjęcia (jedynie ujęcie znad drzwi, gdy bohater ukrywa za plecami nóż jest naprawdę sensowne i przy tym zabawne) oraz nieuzasadniony, męczący montaż. Szarpane sklejki miały wspomagać koncepcję reżysera, lecz w efekcie pogrążyły aktorów. Prowadzeni teatralnymi zadaniami stracili szansę na rozegranie tematów ze względu na gwałtowne cięcia. Świetna obsada została zablokowana szpalerem złych rozwiązań i niedociągnięć technicznych. Jak to często bywa w polskim kinie, dźwięk w „Matce Teresie” również nie ułatwia widzowi śledzenia postaci. Retrospektywne prowadzenie akcji odebrałam wręcz jako zabieg wprowadzony na końcowym etapie produkcji, aby ukryć braki w opowiadanej historii i uniknąć wskazania jednoznacznej ścieżki interpretacyjnej. Rozumiem ograniczenia wynikające ze skromnego budżetu, lecz jeśli prawdą jest, że film powstawał 10 lat, to można oczekiwać, że będzie dopracowany przynajmniej w warstwie fabularnej. Ze względu na sprzeczne sygnały formalne (mówiąc najprościej: czy powinniśmy czytać historię głównego bohatera jako realistyczny zapis wydarzeń, jako przypowieść, czy jako obraz wewnętrznych zmagań z psychologicznymi meandrami ciemnych stron osobowości) nie wiadomo do końca czy podczas sceny aresztowania śmiać się, czy płakać. Brak wiarygodności idzie tu w parze z dużym ryzykiem stylistycznym. Zmarszczeni funkcjonariusze prowadzący nieletnich do celi wyglądają prawie, jak oprawcy z Guantanamo. Prawie. Podobny dysonans czułam ostatnio oglądając gadającego lisa w „Antychryście”. Wtedy też publiczność w kinie ryczała ze śmiechu; tym głośniej, że domyślała się w prostocie swych oczekiwań, że zamierzenia artysty mogły być nieco inne.


Michał Walkiewicz, krytyk filmowy, szef publicystyki Filmweb.pl

2010? Kac-gigant. Ból głowy i łzawiące oczy po udanym 2009 roku, który za sprawą festiwalu w Gdyni był w kalendarzu krytyki filmowej rokiem demograficznego wyżu profetów. Jednak ci, którzy obwieszczając renesans naszej kinematografii, wybiegli przed szereg, teraz krok po kroczku, z wzrokiem skierowanym na Skolimowskiego i Polańskiego, wracają na swoje miejsce. Poza zalewem filmów, w których wreszcie coś słychać, a czasem nawet widać (formalne cacuszko Borcucha), zabrakło takich, w których dojrzały język wykorzystany byłby w dialogu ze współczesnością. Większość utworów sprawiała wrażenie spóźnionych o kilkanaście lat, niektóre, jak „Matka Teresa od kotów”, wstydliwie wkraczały na tereny, które już dawno powinny być eksploatowane (np. religijność jako kompulsywny gest ucieczki przed opresyjnością struktur społecznych). Wpisywanie rozliczeń z historią w klasyczne konwencje w rodzaju melodramatu to dobra ścieżka. Jednak czasem – casus naćkanej banałami i inteligenckimi stereotypami „Różyczki” – wiedzie ona na manowce. Jakąś szansą na łączenie naszych artystycznych aspiracji z kinem „z Zachodu” był kapitalnie sfilmowany „Chrzest” Marcina Wrony (nawiasem mówiąc, może ktoś piszący o jego mizoginistycznym kinie zabrałby się wreszcie za scenarzystkę, Grażynę Trelę?). Jak daleko Wronie do światowej ekstraklasy, pokazał w tym roku australijski debiut (sic!) Davida Michoda, „Królestwo zwierząt”. Za lepszym opanowaniem warsztatu idzie wprawdzie w „Chrzcie” progres intelektualny, ale jest on nieznaczny i przebiega zbyt wolno. Kryterium oryginalności, po które zawsze warto sięgać w obliczu zalewu przeciętniactwa, wskazuje tylko jednego zwycięzcę. Jest nim Mariusz Grzegorzek. Kiedy na jednym z mniejszych festiwali filmowych pojawił się problem z przyznaniem nagrody dziennikarzy, kolega spytał wprost: „A widziałeś tu coś podobnego do >>Jestem Twój<<?” No właśnie, nie widziałem.


Piotr Marecki, kulturoznawca, redaktor


FILMY: film roku, skonstruowany jak wiersz, „Essential Killing” Jerzego Skolimowskiego (powrót tego reżysera po 17 latach milczenia filmem „Cztery noce z Anną” i kolejnym, daje nadzieję, że inni wielcy nieobecni, zmarginalizowani ostatniego dwudziestolecia także się uruchomią, zwłaszcza Andrzej Żuławski, Grzegorz Królikiewicz, Piotr Szulkin), „Matka Teresa od kotów” Pawła Sali (bo tym filmem kino współczesne „zrzuca kostium” i pokazuje jak konsekwentnie pracować formą, trochę w stylu doświadczeń wyniesionych przez reżysera z pola teatru sprzed dobrych paru lat, w warunkach zachowawczej polskiej kinematografii film bardzo progresywny), roczny pułkownik Mariusza Grzegorzka „Jestem twój”, chociażby ze względu na nieoczywistą poetykę surrealną, Julia Kolberger filmem „Jutro mnie tu nie będzie” dołącza do grona bardzo zdolnych (min. Ruszkiewicz, Smoczyńska, Białowąs, Klimkiewicz, Czekaj) przed debiutem pełnometrażowym, kibicuję, żeby nastąpiło to jak najszybciej. 

Kino polskie 2010 to także:

FESTIWALE: pełna retrospektywa (ponad 100 filmów) Godarda podczas ENH, Toffifest w Toruniu i Festiwal Filmów Amerykańskich jako ważne miejsca na mapie festiwalowej w Polsce, pierwszy stawia na formę, współpracę filmowców z polem sztuk wizualnych, drugi prezentuje amerykańskie marginesy, niekonwencjonalne sposoby produkcji, dystrybucji, promocji; filmy pokazywane na tych imprezach mogą być bardzo istotnymi wskazówkami dla polskiego kina,

DYSTRYBUCJA: do dystrybucji kinowej wchodzą dwa filmy niezależne, z bardzo dobrymi aktorami, powstałe za niewielkie budżety: „Prosta historia o miłości”  Arkadiusza Jakubika i „Czarny” Dominika Matwiejczyka, ważne kroki w kierunku budowania nowoczesnego pola kinematografii polskiej, które docelowo powinno składać się z potężnych koprodukcji, filmów środka i niskobudżetowych marginesów.   

KRYTYKA: tekst „Połaniecczyzna na strzeżonym osiedlu” Jakuba Majmurka o kinie Marcina Wrony jako przykład eseju pokazującego jak może pracować krytyka towarzysząca nowej formacji w polskim kinie.

HISTORIA KINA POLSKIEGO: przepisywania historii kina polskiego ciąg dalszy, w związku z rocznicą śmierci Wojciecha Jerzego Hasa polscy i zagraniczni historycy kina i sztuki zadali pytanie czy nie mamy trzeciej wielkiej formacji w kinie polskim (obok Szkoły Polskiej Filmowej i Kina Moralnego Niepokoju), którą mógłby być surrealizm z filmami powstałymi zagranicą (Polański, Skolimowski, Żuławski, Borowczyk) i w Polsce (Has, Szulkin), poetyki ciągle żywej (Barczyk, Grzegorzek, Xawery Żuławski)

DEBATY: ważne słowa, które padały w sferze publicznej, podczas debat, słowa mogące przysłużyć się powstaniu nowej formacji w polskim kinie: Piotr Szulkin nawołujący do wyjścia na barykady młodych reżyserów i do zdobycia władzy (Zegrze, Okrągły Stół Pisarzy i Filmowców), Jerzy Kapuściński wypowiadający się o wielu młodych filmowcach, że robią „kino papy” (Bydgoszcz, Camerimage), Jakub Duszyński mówiący o polskich reżyserach na „standby”, realizujących filmy spóźnione, przeterminowane, nie łapiące energii, wiele lat po napisaniu scenariusza (Warszawa, Nowy Wspaniały Świat), Tadeusz Sobolewski ogłaszający w „Gazecie Wyborczej”, że „kino polskie się dopiero zaczyna”.

NAGRODY: europejskie Oskary dla Katarzyny Klimkiewicz za „Hanoi-Warszawa”, bo to jeden z nielicznych polskich filmów, pokazujących Polaków z perspektywy Innego,

INNOWACJA ROKU: artysta sztuk wizualnych Oskar Dawicki na kursie reżyserii w Szkole Wajdy, bomba z opóźnionym zapłonem; Dominika Ożarowska, pisarka na planie debiutanckiego filmu Marysi Sadowskiej, powrót do sprawdzonego modelu z zespołów filmowych, kiedy pisarze pomagali filmowcom w okresie prac produkcyjnych i preprodukcyjnych;  Wilhelm Sasnal i Anka Sasnal i ich konsekwentne działania w kierunku stworzenia „małego zespołu filmowego”, ci sami aktorzy (Karolina Kominek, Przemek Czepurko), konsekwentna poetyka, podobne formy produkcji filmów, premiera pełnometrażowego filmu „Opad” odbyła się w maju w Krakowie,

ADAPTACJE: w 2010 powstały aż 4 (!!!!) adaptacje współczesnej prozy: Masternak, Tokarczuk, Miłoszewski, Samson. Zobaczymy je w kinach w 2011.

PROMOCJA: producentka kreatywna Anna Wydra (Otter Films) decyduje się wydać nominowany do Oskara dokument „Królik po berlińsku” w reż. Bartka Konopki z towarzyszącą mu książką, w której znajdują się m.in. wypowiedzi krytyczne wobec filmu. Takie wprowadzenie na rynek i obudowanie kontekstami filmu to duża nowość.

4 komentarze:

Yarghuzzz pisze...

Ciekawy przegląd opinii - od bardzo konkretnych i konstruktywnych, przez zupełnie niezrozumiałe dla szarego widza/czytelnika (maskowanie udawaną odwagą kunktatorstwa formalnego - co to w ogóle ma oznaczać?)

Przy okazji - skoro Restart ma być think tankiem, który przez krytykę konstruktywną wspiera twórców kina (współtworzy kino wraz z filmowcami), wypadałoby, aby jego członkowie rozumieli co piszą - umieli ubrać swoje myśli i emocje w słowa (jest to podstawowy warunek pisania jakichkolwiek tekstów w ogóle). Tymczasem w notce "O Nas" można przeczytać, że Restart to think tank polskiego kina, pracujący na rzecz jego zmiany (zrestartowania).
Rozumiem nawiązanie do spółdzielni START, ale zrestartowanie, to nie ZMIANA tylko POWRÓT do ustawień początkowych. W pewnym sensie jest to również zmiana, ale chyba nie o taką zmianę restartowi chodzi?

Anonimowy pisze...

Ma Pan rację, że mogłem to ująć nieco zgrabniej i klarowniej. Spieszę z wyjaśnieniem swoich intencji - kunktatorstwo rozumiem jako dyktowaną konformizmem postawę, które polega albo na celowym odwlekaniu, albo na wyborze półśrodków, byle tylko nie zrobić odważniejszego kroku. Kunktatorstwo formalne miało oznaczać taką właśnie postawę niektórych polskich twórców w odniesieniu do formy filmowej - często konformistycznej, schematycznej, bezpiecznej, konwencjonalnej. Jest to czasem maskowane udawaną odwagą, jak np. rzekomo odważnie potraktowane erotyka i temat współpracy z SB w "Różyczce".

Jeśli zaś chodzi o nazwę naszej inicjatywy - zrestartowanie to nie jest po prostu powrót do ustawień początkowych. Przynajmniej nie w sferze kultury. Z prostej przyczyny - jest to niemożliwe. Odwołujemy się idei STARTu (i kilku innych) w kontekście współczesnym, na który składa się wszystko to, co wydarzyło się od czasu, gdy owe idee się narodziły. Chcemy je przyłożyć do dzisiejszych realiów, w pewien sposób odzyskać, pokazać, że dziś też mogą działać. W inny sposób oczywiście, po pewnym dostosowaniu, ale jednak mogą przynieść zmianę.

Pozdrawiam serdecznie,
Błażej Hrapkowicz

Yarghuzzz pisze...

Panie Błażeju - bardzo, bardzo dziękuję za odpowiedź. Szczerze mówiąc - nie spodziewałem się jej, a tak rozumiem dokładnie o co Panu chodziło i pozostaje mi jedynie się zgodzić.

Co się zaś tyczy nazwy - co do samej w sobie nie mam z nią problemu i nawiązanie jak najbardziej rozumiem - chodziło mi raczej o ów przypis w notce "O nas". Plus, poniekąd z racji wykształcenia, ale też i rozproszenia chwilowego uwagi, potraktowałem restart jako reset.

Raz jeszcze dziękuję za wyjaśnienie i życzę sukcesów, jednocześnie prosząc o nieco jaśniejsze formułowanie myśli :)

Mateusz pisze...

Tak swoją drogą to większość tych opini moim zdaniem jest bardzo płytka i maksymalnie przynudzająca. Nie miałem dość cierpliwości by przeczytać wszystko, przyznaję (odpadłem po uwagach do castingowców od dzieci) później to jeszcze raz przeleciałem. Kilka opini jest warta uwagi, ale zdecydowana większość jest płytka, skupiająca się na jakichś niekoniecznie ważnych wycinkach. Pomijająca jakże wielki i szeroki zakres filmów i faktów z ostatniego roku. Przeskakiwałem do następnych opinii od samych słów Sala, Matka teresa... etc. tego gawędziarstwa nie da się ze spokojem czytać! Pozdrawiam konopackimateusz@gmail.com